poniedziałek, 14 kwietnia 2014

[Dreams] Rozdział XXI


                    Dzisiaj ten dom odwiedza Choi Junhong. Jestem skazana na siedzenie na górze. Himchan cały wczorajszy dzień wypytywał się, czy się "ujawnię". Moja odpowiedź za każdym razem brzmiała tak samo, czyli:
- Nie.
Wiedziałam jednak, że im szybciej to zrobię, tym będzie łatwiej. Miałam w sobie chęć pozostania "duchem" jeszcze przez jakiś czas. Chciałam wykorzystać tą sytuację tak bardzo, ile tylko się dało: odzyskać siły, ustalić jednolity plan działania. Przecież nie mogłam ciągle żyć faktem, że jestem pokrzywdzona bo ktoś mnie zgwałcił.
                    Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Wyszłam z pokoju. Himchan stał na przeciwko mnie. Mało brakowało, a zderzylibyśmy się.
- A pani gdzie?
- Na górę.
- O nie! Tam nikt nie ma wstępu!
- Nawet ty?
- Nie możesz tam iść. Tam nie ma nic do oglądania.
- Gdyby tam nic nie było, to pozwoliłbyś mi tam pójść. Proszę~ Z tamtąd będę dobrze słyszeć i mnie nie zauważą!
- Aish... Dobra! Ale nie możesz powiedzieć nikomu co tam jest!- schody prowadziły nie tylko na pierwsze piętro. Można było iść wyżej. Znajdowało się tam jedno wielkie pomieszczenie z którego było widać cały parter.
- Obiecuję! A teraz idź otwórz te drzwi bo pomyślą że coś ukrywasz!- chłopak zbiegł szybko na dół. Zelo zapowiedział, że wpadnie, ale nie uprzedził że przyjedzie z nim pozostała czwórka zjaranych osobników. Wszyscy oprócz Jung'a i Youngjae przeszli do salonu. Daehyun skierował się do lodówki, a Yoo krzyknął, że chce zwiedzić dom.
- Yah! Young! Zjedz coś!- chłopak zawrócił. 
Od tamtej pory wszystko przebiegało spokojnie(jeżeli B.A.P można nazwać spokojnymi).
                    Daehyun zaczął swoją wyżerkę, Yongguk i Zelo siedzieli na sofie. Junhong przytulił się do oparcia tak samo jak ja wczoraj. W oczach zaczęły mi się zbierać łzy. Miałam ochotę zejść tam, jednak coś mnie tutaj trzymało. Nie mogłam zrobić nawet kroku, mój wzrok utkwił na maknae.
                    Rozmawiali- chcą zrobić przerwę. Właściwie to tylko Daehyun wydawał się być przejęty rozmową. Himchan siedział zamyślony w fotelu, miał założoną nogę na nogę, jego dłonie były złączone. Co chwilę na mnie spoglądał. Jeżeli nie przestanie, zaraz któryś popatrzy się tutaj i wszystko szlag trafi!
Yongguk dokładnie przyglądał się Divie, co chwilę nerwowo upijał łyk kawy. Chyba chciał mu powiedzieć... Wpadłam na pewien pomysł, ale musiał poczekać kilka godzin na realizację. Obok Bang'a siedział Junhong. Wtulony w sofę obserwował ściany pokoju. Bałam się, że będzie chciał zwiedzić dom. Po chwili Himchan i Zelo zaczęli sobie patrzyć w oczy. Daehyun wpieprzał już 2 blachę sernika, a Jongup... Moon jak to Moon- liczne zaćmienia umysłu były, są i będą obecne, każdy się do nich przyzwyczaił.
- Co robimy z naszym maknae?- spytał Yongguk obejmując go, przez co na twarzy Him'a pojawiła się złość. Spojrzał na mnie. Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam co chciał mi powiedzieć. "O nie! BangLo tutaj nie będzie!"- pomyślałam. Zaczęłam iść w stronę schodów, ale o mało co nie potknęłam się o wielkie pudło sięgające mi prawie do kolan. Podniosłam pokrywkę. Zdjęcia. Masa zdjęć Yongguk'a i Himchan'a. Wzięłam kilka, podeszłam do barierki i pomachałam nimi bezszelestnie, na co Chan zareagował natychmiastowo.
- Przepraszam... ja... muszę skorzystać!- i po co tu idziesz? no po co?
- Miałaś tego nie ruszać!
- Miałam nikomu nie mówić.
- Nieważne... Proszę, zejdź i powiedz mu wszystko. To najlepsza pora. Innej już nie będzie! Musisz to zrobić.
- Nie teraz... Jeszcze będzie okazja, na pewno.
- Schodzisz, albo im mówię.
- Przestajesz albo pokażę mu te zdjęcia.
- ... Z kim ja pracuję... Mam pomysł!
- Huh?- nie odpowiedział, tylko zbiegł do nich.
- Może przyjedziecie jutro?- z odpowiedzią wyrwał się Yongguk:
- Pewnie, i tak nie mamy niczego konkretnego do roboty, prawda?-  poziom zamulenia przekroczył chyba już górną granicę: Youngjae wczuł się w dramę, Daehyun nadal miał pełną buzię, Jongup zaczął cieszyć się do obrazu, a Junhong oparł się o Bang'a, przez co Kim zaczął wiercić się w fotelu.
- Okej... W takim razie wezmę Zelo i przyjedziemy- odparł Yongguk.
- SŁYSZAŁAŚ?!- krzyknął Kim. Teraz każdy patrzył na niego.
- Kogo bierzesz za dziewczynę? To ty tutaj jesteś matką.
- Umm... ni-nikogo, to miało być do Choi, a myślałem... Mianhaeyo...- tak, to było do mnie. Co za zgred! Jeszcze ten jego uśmieszek- on to robił specjalnie. Nie byłam przygotowana na zejście tam. Nawet nie wiem, co ja mu powiem! Przecież nie będę stała bezczynnie póki Himchan znowu nie wyjedzie z jakimś hasłem. "Bo spontan to podstawa"- Kim, twoje słowa nadal pozostają nie wykorzystane, wręcz przeszkadzają. Dziś nie zejdę... Nie dam rady...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

[Dreams] Rozdział XX

Witajcie~
Chciałam Was poinformować, że powoli, powolutku zbliżamy się do końca tej historii...
Miłego czytania ;**
------------------------


                    Dzisiaj skończyliśmy nagrywać jeden z ważniejszych odcinków. Z tej okazji była organizowana impreza, ale jakoś nie miałem ochoty na zabawę, jeszcze co chwilę zaczepiały mnie dziewczyny. Raz po raz słyszałem: "Oppa, oppa!". Co za upierdliwe stworzenia... Kto je w ogóle tutaj wpuścił?!
                    Przyjęcie trwało do samego rana, ale co to była za impreza, kiedy nawet nie mogłem spokojnie napić się drinka?! Przez to wyszedłem z budynku o 1. Po zjedzeniu, umyciu się, zacząłem oglądać pierwszy lepszy film w TV. Gdy dobiegł końca, wyłączyłem telewizor i rozsiadłem się wygodniej. Próbowałem zasnąć, lecz nie udawało mi się. Zacząłem nawet liczyć Tygryski...
                    Koło 4 nad ranem usłyszałem dzwonek do drzwi. Skoro kilka godzin wcześniej latały za mną młodsze, to teraz... noony?! Niechętnie zsunąłem się z fotela i podszedłem do drzwi. Po otworzeniu ich zobaczyłem dziewczynę, o dziwo młodszą od mojej skromnej osoby. Ten gatunek fanki nosił nazwę: "Oppa kochaj mnie bo jak nie to się potnę!".
Miała zakrwawione dłonie, przecięcie bluzki szło wzdłuż materiału, miedzy jej piersiami. Gdyby nie usta wyglądające jak ruiny zamku, śliwa pod okiem i spuchnięty policzek, jej twarz byłaby bardzo ładna.
- Przykro mi, ale nie rozdaję autografów o tej godzinie, i nie, nie interesuje mnie to, że jak każda musiałaś przelecieć cały świat żeby go dostać- już miałem zamknąć drzwi, ale usłyszałem:
- Miałam cię odwiedzić- powiedziała ochrypniętym głosem. Spojrzałem na nią jeszcze raz. Czyżbym miał deja vu?
- O mój Boże! Sora!- wciągnąłem ją do środka- Jak ty wyglądasz? Co się stało?- rozpłakała się. Położyłem dłoń na jej ramieniu, ale odskoczyła jak oparzona krzycząc:
- Nie dotykaj mnie!
- Kto ci to zrobił? Choi?! Już ja się z z nim...- nie pozwoliła mi dokończyć.
- To nie on. To Lee Andrew...
- Chodź do kuchni, opatrzę te rany- syknęła gdy przykładałem jej wacik do jej twarzy- Opowiedz mi, co się stało- utrzymywałem z nią kontakt wzrokowy, lecz z czasem nie patrzyła mi w oczy. Przyglądała się bransoletce z kluczykiem. Jej tęczówki nie miały tej samej barwy. Z kociej zieleni zmieniły się w ciemny grafit. Opowiedziała mi to, co się wydarzyło. Miałem ochotę pobić manager'a. To on nas wczoraj ściągnął. Wytwórnia wymyśliła sobie kolejny album. Szkoda tylko, że 3 dni temu opublikowaliśmy singiel! Najgorsze było przede mną. Wyznała mi, że dobrał się do niej.
- Wszystko byłoby inaczej gdyby nie to- rozłożyła kilka kartek. Zamarłem. Sora jest w ciąży! Bardzo się ucieszyłem, ale czy... dziecko wyszło z tego cało?
- Świetna wiadomość! Gratuluję~ Czy Junhong wie?
- To miał być prezent, ale Lee przyszedł wcześniej- ukryła twarz w dłoniach. Chciałem ją przytulić, ale nie mogłem.
- Kiedy mu powiesz?
- Nie wiem, jeżeli Andrew nadal będzie nas nachodził, to mu nie powiem. Odejdę od niego. Tego jestem pewna. Nie chce tego robić, ale w tej sytuacji będę musiała- otarła kilka łez. Zauważyłem, że ma poparzoną rękę.
- Mogłabym u ciebie zostać na jakiś czas?
- Nigdzie bym cię nie puścił w takim stanie.
- Gomawo~ - ona nie zasłużyła sobie na to. Ktoś powinien zapłacić za to, co wyrządził jej Lee.
- Andrew uciekł, prawda?
- Po tym, jak wrzucił zapaloną zapalniczkę w benzynę, pobiegł do korytarza, więc tak, uciekł.
- Dorwę go. Odpowie za to. Obiecuję ci to- nic nie odpowiedziała. Zaczęła mi opowiadać jak tutaj dotarła. Powtarzała wielokrotnie, że zrobiła to dla dziecka, nie dla siebie.
- Pomyliliśmy jedną z toreb. Wziąłem twoją, a ty moją, więc masz się w co przebrać- zamknęła się w sobie, chyba zignorowała te słowa.
                    Mieliśmy podobne charaktery: uparci, stanowczy, szczerzy, ale cholernie wrażliwi na krzywdę ludzką. Nie miałem zamiaru jej pocieszać, co do jej stany psychicznego, bo wtedy byłaby przybita jeszcze dłużej. Wszystko w swoim czasie. Muszę się nią zaopiekować, póki nie wyjaśnią sobie wszystkiego z Zelo.

sobota, 5 kwietnia 2014

[?]

Ten tekst napisałam bardzo dawno temu mając doła, jednak chciałabym, żeby znalazł się on na blogu.
Zapraszam do komentowania~

-----------------------------------------



To już jest koniec.
Nie mam ochoty już żyć.
Wykorzystał mnie.
Jakbym był męską dziwką.
Obiecywał, że będziemy razem, że wszystko nam się uda.
I co?
Przeleciał i zostawił. W nim wiązałem swoje nadzieje. Byłem w złej sytuacji, a on mnie przygarnął.
Zaniedbanej sierocie pokazał świat imprez. Zaopiekował się mną.
Byłem jego maskotką. Niestety, z czasem zaczął się mną tylko bawić.

Któregoś dnia nie wrócił.
Nie wiedziałem, co robić.
Zobaczyłem, że zabrał ze sobą wszystkie swoje rzeczy. Szafa stała teraz pusta.
Nie rozumiałem tego.
Każdego poranka od razu po otworzeniu oczu miałem cholerną nadzieję, że zobaczę go śpiącego obok mnie. Jego lekko zarumienione policzki, brązowe włosy opadające na twarz.

Nie znałem tutaj nikogo.
Nie miałem nawet ochoty, on mi wystarczył.
Przeprowadziliśmy się tutaj, chcieliśmy zacząć wszystko od nowa.
Miało być lepiej.

Był dla mnie wszystkim.
To przez niego to się zaczęło, to przez niego rzuciłem dziewczynę, bo zaproponował mi rozbudowanie naszej wieloletniej przyjaźni. A ja się zgodziłem. Kto by się nie zgodził po zmieszaniu prochów z drinkami.
Nie miałem nic do stracenia.

Moja cierpliwość dobiegała końca.
Siedzę teraz w łazience,oparty o wannę... myślę, czy życie bez niego po odrzuceniu wszystkiego ma chociaż najmniejszy sens.
Dziś mija tydzień od dnia, w którym obudziłem się sam w domu.
Moje oczy jeszcze nigdy nie były takie czerwone. Takie zrozpaczone.
Zacząłem się godzić z tym, że nie wróci.
I zrobiłem pierwsze nacięcie. Lekkie, delikatne, urocze. Takie, jakie miało być moje, nasze życie. Miałem wtedy w głowie miło spędzone chwile... z nim.
Nie mogłem już dłużej trzymać w sobie tego uczucia.
Byłem na siebie wściekły. Nie wytrzymałem.
Nawet nie wiedziałem, że takie małe gówno może wejść tak głęboko.
Spojrzałem na lewy nadgarstek. Krew zdążyła opłynąć moją rękę dookoła i zaczęła spływać po dłoni. Straciłem wszelkie nadzieje, a jednak...

Pomimo nasilających się zawrotów głowy usłyszałem otwierające się drzwi.
Spojrzałem w górę i zobaczyłem jego piękną twarz, teraz przestraszoną.
Krzyczał że bardzo przeprasza. Pytał dlaczego to zrobiłem.
Zabrał mi żyletkę.
Śmiał mi powiedzieć, że wrócił do swojej dziewczyny.
Teraz wybiegł, żeby "sprowadzić pomoc".
Doczołgałem się do kuchni, wziąłem nóż i wróciłem na swoje miejsce.
Krwi było coraz więcej.
Strach, ból, nienawiść...

Wszędzie rozpoznam tą sylwetkę.
Stanął na przeciwko mnie.
Wszystko stało się czarno- białe. Nawet on.
Zaczął iść w moją stronę.
Gdy zaczął się pochylać, żeby mnie podnieść, je resztkami sił wyprostowałem rękę trzymającą nóż.
Leżał na mnie.
Byłem szczęśliwy.
Teraz nikt mi go nie odbierze.
Jest tylko mój.
                    
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...